OPOWIEŚĆ WIGILIJNA
McDonald, który przez wielu był uznawany za najwykwintniejszą restaurację w całych warszawskich podziemiach, jak zawsze pękał w szwach. Kolejki ciągnęły się aż do drzwi, przygrywające hity MTV zagłuszał szum rozmów, co jakiś czas na podłogę spadała zawartość czyjejś tacki. W takim miejscu nic nie powinno dziwić, a jednak dwaj spożywający śniadanie jegomoście w garniturach niemal równocześnie wypluli mieszaninę frytek, hamburgerów i coli na stolik, gdy od szyby naprzeciw nich odbił się otyły dziadek. Widzieli, jak jego broda, spomiędzy której wystawały świerkowe igiełki, porusza się, jednak do ich uszu dotarło tylko ...one szkło".
- Nieźle przygrzał powiedział jeden z nich.
- No. Nieźle.
Wgryźli się w nafaszerowane chemią bułki. Cóż, nie można wymagać bardziej rozbudowanej wypowiedzi od kogoś, kto ma przed sobą gorącego jeszcze hamburgera..
Święty Mikołaj wypuścił spomiędzy siwych kłaków soczystą wiązankę przekleństw pod adresem szyby oraz siedzących za nią ludzi. Na pewno właśnie się z niego nabijali, widział, jak szepczą do siebie i wskazują go palcami.
Kiedyś patrzyli na niego zupełnie inaczej. Niektórzy nawet w niego wierzyli. Inne czasy, inni ludzie; wiadomo. Jeszcze kilka lat temu na widok jego czapki z pomponem nie parskali śmiechem. Prawie biała broda dodawała mu swego rodzaju uroku. Może i przez ten czerwony kubraczek wyglądał jak palant, ale przynajmniej dzieci się go nie bały.
Tylko burczący niecierpliwie brzuch nakłonił go do wejścia do środka. Tupnięciem otrzepał buty z mieszaniny błota i śniegu, ściągając na siebie kolejne zdegustowane spojrzenia. Poprawił niesiony na ramieniu worek. Potem bezceremonialnie rozepchnął łokciami kolejkę do jednej z kas i oparł dłonie w grubych, zimowych rękawicach na blacie.
- Big Mac rzucił tubalnym głosem, któremu towarzyszył odór czegoś, co dziesięć obiadów temu prawdopodobnie było pierogami z kapustą.
- Do dziesiątej dostępna jest tylko oferta śniadaniowa odparł młodzieniec za ladą z wyćwiczonym na dziesiątkach upierdliwych klientów sztucznym uśmiechem.
- Ale ja chcę Big Maca.
Wyraz twarzy Mikołaja, jakby żywcem wyjęty z filmów gangsterskich, nieco zbił chłopaka z tropu.
- Może pan zamówić zamiast niego tosty z serem i szynką albo...
- Jak będę miał ochotę na tosta, to go sobie sam zrobię. A teraz, młody człowieku, daj mi Big Maca.
W ustach dziadka w czerwonej piżamie młody człowieku" zabrzmiało niemal jak gówniarzu". Oczy sprzedawcy przez moment szukały wsparcia wśród reszty personelu, ale na próżno. Na domiar złego broda klienta zdawała się roztaczać wokół silną woń bigosu. W końcu zrezygnowany młodzieniec zapytał:
- Powiększony czy zwykły?
- Powiększony.
- Na wynos czy na miejscu? - Sprzedawca skupił się na formułce tak bardzo, że nie zauważył niezbyt zadowolonej miny klienta.
- Na wynos.
- Może frytki do tego?
- A dodacie jeszcze breloczek i odrzutowiec? - zapytał Mikołaj tonem zwiastującym rychłe morderstwo.
Speszony chłopak spróbował się roześmiać, ale z jego gardła wydobył się tylko ochrypły rechot. Stuknął kilka razy w klawisze kasy i oznajmił niepewnie:
- Dwanaście dziewięćdziesiąt dziewięć.
- Co? - Mikołaj zamrugał.
- Dwanaście złotych i dziewięćdziesiąt dziewięć groszy. Oto paragon.
Podał brodaczowi zwitek, a ten, nawet nie spojrzawszy na podaną należność, zgniótł papier w kulkę i wyrzucił przez ramię.
- Chyba nie myślisz, że za to zapłacę? - zapytał, szczerze zdumiony. - Jestem przecież Świętym Mikołajem.
Ktoś za jego plecami zachichotał. Jeszcze nie wiedział, że na pewno nie dostanie w tym roku ani wymarzonego prezentu, ani tym bardziej premii świątecznej.
- Tak, oczywiście Chłopak pokiwał głową z dobrotliwym uśmiechem. - Dwanaście złotych i...
- Dasz mi tego cholernego Big Maca czy nie?!
W McDonaldzie natychmiast zrobiło się cicho. Sprzedawca, nie chcąc dłużej narażać swojego zdrowia, odwrócił się. Przez chwilę kręcił się przy stalowych pojemnikach, zasypując okolicę frytkami i kawałkami sałaty, aż w końcu przed Świętym spoczęła papierowa torebka.
- Smacznego wykrztusił.
- Dziękuję.
Dopiero gdy Mikołaj zniknął z pola widzenia, chłopak zobaczył leżące obok kasy pudełeczko przewiązane postrzępioną czerwoną wstążką. Wahał się kilka sekund, ale ostatecznie naiwna nadzieja na napiwek wygrała z rozsądkiem. Otworzył pudełeczko.
Przy odrobinie entuzjazmu mógł uznać rozmiękłego czekoladowego mikołaja za miłą gratyfikację.
Przed zejściem do podziemi Święty Mikołaj nie sądził, że kiedykolwiek będzie tęsknił za warszawskim powietrzem. Teraz jednak, gdy z trzymanej przez niego torebki wydobywał się soczysty zapach bułki z dwudziestoma dodatkami, a z budki z kebabami, obok której właśnie przechodził, dotarł do niego odór spalonego mięsa, zmienił zdanie. Nie mógł się doczekać chwili, w której wyjdzie na powierzchnię. Albo lepiej - gdy zasiądzie w fotelu w swojej lapońskiej rezydencji ze świadomością, że ma trzysta sześćdziesiąt pięć dni wolnego.
Przestał lubić tę pracę jakieś dziesięć lat temu, gdy uświadomił sobie dwie rzeczy - że wcale nie zmonopolizował rynku zabawkarskiego i że ludzie to w znakomitej większości albo dranie, albo idioci.
Teraz na Świętach kasę zbijały amerykańskie firmy produkujące prawdziwe cuda techniki. Dzieci dostawały lalki bardziej emocjonalne niż niejeden człowiek albo samochodziki o mocy większej, niż sanie Mikołaja, mające dziesięć reniferów mechanicznych. Z żywej siły pociągowej zrezygnował, gdy okazało się, że smog nad Paryżem, Londynem i Los Angeles uniemożliwia lot, a ułatwia katastrofę lotniczą. To był jeden z pierwszych kroków do upadku jego mikołajowego imperium. Rzadko który siedmiolatek był w stanie uwierzyć w Świętego Mikołaja rozwożącego prezenty saniami plującymi spalinami bardziej niż niejeden tir i rzadko który policjant z drogówki odpuszczał mu mandat za przekroczenie prędkości. Tłumaczenie, że jego pojazd nie może podlegać zwyczajnym przepisom, bo ma napęd na cztery płozy, zazwyczaj niewiele dawało.
Wtedy też zaczął go denerwować sposób, w jaki ludzie podchodzili do Świąt. Rodzinną atmosferę nawet jeśli opierała się ona tylko na A ciocia Zdzisia zdradza wujka Władka" - zastąpiła gorączka zakupów i ciągnięcie losów o to, kto w tym roku będzie musiał przygotować dom na przyjazd bliższej, dalszej i zupełnie nieznanej rodziny. Najzabawniejsi byli ateiści. W ciągu roku upierali się że Chrystus nigdy nie istniał, a potem, w ten jeden dzień, jak gdyby nigdy nic świętowali jego narodziny.
Nie chodziło o to, że nie lubił ludzi. Po prostu w ciągu całej swojej kariery spotykał osoby, które ze spokojnym sumieniem można było wykreślić ze spisu homo sapiens i dopisać do neandertalczyków. Takie doświadczenia mogły zniszczyć wiarę nawet najmilszego człowieka na świecie. Mikołaj wolał przyjmować, że każdy przechodzień jest w stanie wepchnąć go pod samochód lub ewentualnie samemu rzucić się pod koła najbliższego autobusu. Tak było znacznie wygodniej mniej niespodzianek, więcej cynizmu.
Święty zaczął wspinać się po schodach ku jakże czystemu powietrzu Warszawy. Pokryte mieszaniną śniegu i błota stopnie oraz reumatyzm wcale nie ułatwiały mu sprawy. Gdy był w połowie, wyprzedziła go jakaś podpierająca się laską babcia. Duma Świętego kazała mu zignorować ból w okolicach kręgosłupa i przyspieszyć. Babcia chyba to dostrzegła, bo teraz jakby szybciej wywijała laską. Ich spojrzenia spotkały się.
- Niedoczekanie twoje mruknął Mikołaj.
- Chyba twoje, kochaniutki zaskrzeczała jego przeciwniczka. Może i ripostowanie nie było jej mocną stroną, ale jeśli chodzi o pokonywanie śliskich stopni, to spisywała się całkiem nieźle.
Wyścig trwał niespełna dwie minuty, ale i tak zgromadził kilku widzów. Kto by pomyślał - w tym wielkomiejskim zabieganiu ludzie nie mieli czasu, by powstrzymać się od potrącania wszystkich na swojej drodze, a mogli zatrzymać się, by pokibicować dwójce staruszków.
Ostatecznie to Święty dotarł na górę jako pierwszy wygrał o długość ręki uzbrojonej w papierową torebkę z McDonalda.
- Przyślę ci w tym roku wyścigową laskę, taką, jaką ma doktor House wysapał do babci i ruszył przed siebie, napawając się zwycięstwem i spalinami z ulicy Jana Pawła II.
- Co za herezyje? Jaki doktór? - nie zrozumiała niezaznajomiona z obowiązującym kanonem seriali staruszka.
Jednak Mikołaj już tego nie słyszał teraz był kompletnie zajęty skomplikowaną kalkulacją liczby prezentów, jakie załatwił do tej pory. Jego czekoladowa i nieco chudsza od oryginału podobizna dla niezbyt kompetentnego sprzedawcy w McDonaldzie, to raz. Wyścigowa laska wyśle ją później - dla równie wyścigowej babci, to dwa. Dwie sztuki, dwóch uszczęśliwionych ludzi. No, może nie do końca uszczęśliwionych, ale i tak się liczą. A przed nim jeszcze cały dzień pracy... Mimo wszystko trochę poprawił mu się humor.
Sięgnął do jednej z obszernych kieszeni i wyciągnął kartkę zmiętą tak, że pierwsze lepsze muzeum zapłaciłoby za nią kilka tysięcy w przekonaniu, że to dokument sprzed kilkuset lat. Zaczął wodzić palcami po ledwo widocznych punktach listy.
- Co my tutaj mamy... Banki, biura, urzędy... Nuda, tam i tak nie wierzą w nic oprócz pieniędzy. Dalej... Podstawówki, gimnazja... Ktoś chce się mnie pozbyć czy jak? Szkoły średnie... O, może to? - Zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć, w którym liceum był w zeszłym roku. Ach, w Hoffmanowej. - W sam raz! - zakrzyknął tak entuzjastycznie, że mijający go przechodzień obejrzał się i wpadł na słup z ogłoszeniami. - Sama inteligentna i ambitna młodzież pragnąca wiedzy! Tylko które wybrać...?
Co roku odwiedzał dwie, trzy warszawskie szkoły, by wybranym klasom dać symboliczne podarunki. Czasem były to słowniki lub kalkulatory, niekiedy zegarki, raz zdarzył się alkomat. W jakiś tylko Mikołajowi znany sposób w worku zawsze znajdowały się odpowiednie prezenty. Jak zawsze, także i tym razem Święty miał nie lada problem jak wybrać spośród kilkuset szkół średnich te, w których pójdzie szybko i łatwo? Zazwyczaj wszystko zależało od tego, do jakiego wsiadł autobusu lub tramwaju, czy zgubił się w podziemiach i czy zaparkował sanie na płatnym parkingu.
Po chwili namysłu ograniczył wybór do szkół na Śródmieściu teraz lista liczyła około trzydziestu pozycji. Nie ma wyjścia. Trzeba zdać się na głupią wyliczankę. Recytując ją zawsze czuł się jak kompletny idiota.
Renifer, elfy i uschła choinka,
Sąsiad, sąsiadka i cała rodzinka.
Wszyscy się krztuszą, kaszlą i dławią,
Swoje morały przy stole prawią.
Tego pięknego, mroźnego wieczoru
Doprawdy nie brak nikomu humoru.
Tylko biedny Mikołaj klimatu nie czuje,
Co roku do kominka komuś wlatuje
- O choinka, kto to układał?
Spojrzał na kartkę. Jego palec zatrzymał się pomiędzy pozycją jedenastą a dwunastą.
- XI Liceum Ogólnokształcące imienia Mikołaja Reja... - odczytał jedną z nich. Obok widniał nabazgrany ołówkiem dopisek. - Lingua Latina"? Nie, dziękuję, wolę bez. - Przesunął palec do następnego punktu na liście. - XII imienia Henryka Sienkiewicza... Brzmi nieźle. I przynajmniej jest blisko. Tylko kto to był, ten Sienkiewicz?
Niemal całą drogę na ulicę Sienną Mikołaj usiłował przypomnieć sobie, czy Henio napisał Dziady", czy może raczej Balladynę". Ostatecznie, gdy przystanął przed furtką XII LO z plastikowym kubkiem po coli w jednej ręce i frytkami w drugiej, był już pewien.
- Syzyfowe prace". I jeszcze dostał za to Nobla mruknął z przekonaniem.
Wyłowił z opakowania ostatnią frytkę, co nie było takie łatwe zważywszy na fakt, że na rękach miał grube rękawice, i wkroczył na dziedziniec. Jak na jego gust, budynek przed nim wcale nie przypominał szkoły. Był podejrzanie zwyczajny, a na domiar złego miał cztery piętra. Ogarnięty złymi przeczuciami Mikołaj wszedł do środka, mamrocząc pod nosem:
- Żadnych schodów. Będzie winda albo wychodzę.
Zaraz za drzwiami przystanął i rozejrzał się podejrzliwie, wypatrując wszelkiego rodzaju przeszkód i pułapek. Na lewo ściana z portretem jakiegoś posiwiałego gościa mającego minę, jakby właśnie zobaczył klasówkę z działu Człowiek i władza". Na prawo szatnia przywodząca na myśl wyjątkowo zagracony areszt. Na wprost bardzo ciemne, bardzo wąskie, bardzo strome schody. I ani śladu windy.
Mikołaj natychmiast zawrócił, ale coś sprawiło, że zatrzymał się wpół kroku. Przez moment nasłuchiwał, a potem obejrzał się na klatkę schodową. Teraz wyraźnie słyszał śpiew jeśli można było tak nazwać kilka przechodzących mutację głosów, które w wyjątkowo ciekawy sposób fałszowały jakąś kolędę. Może to właśnie ta grupa niezbyt muzykalnej młodzieży otrzyma od niego w tym roku prezent?
Według Mikołaja kolędy były jedynym elementem świąt, którego nie dało się schrzanić, spieniężyć i skomercjalizować. Wprowadzały w jedyny w swoim rodzaju nastrój, budziły wspomnienia, przywoływały uśmiech na usta nawet tak zgorzkniałego dziada jak Święty. Na dodatek doskonale motywowały do wejścia na pierwsze piętro.
Tam okazało się, że niezbyt utalentowani kolędnicy wydzierali się jeszcze wyżej. Wprawdzie z sali na lewo na drzwiach widniał numer piętnaście dochodziły jakieś krzyki, ale w żaden sposób nie można było tego uznać za kolędę. Do pokonania kolejnych kilkunastu stopni nakłoniła Mikołaja tylko i wyłącznie melodia Bóg się rodzi".
Gdy zorientował się, że na drugim piętrze panuje całkowita cisza, zaczął kląć. By zachować chociaż pozory mikołajowatości, poszczególne wyszukane epitety pod adresem reumatyzmu oraz swojego zawodu wymawiał szeptem i tak dla pewności po fińsku.
- Wzgaaardzona, okryta chwaaałą... - darły się młodzieńcze barytony nad jego głową.
- Dobra, do trzech razy sztuka. Ale jeśli są na ostatnim, to, jak karpia kocham, idę do Reja postanowił Święty.
Między drugim a trzecim piętrem przystanął. Czuł się tak, jakby właśnie zdobywał Mount Everest albo przynajmniej Kilimandżaro. Przez kilka sekund nawet zastanawiał się, czy nie dostanie zawału, ale wrażenie, że serce chce mu wyskoczyć przez gardło, szybko minęło.
Czasem zastanawiał się nad zmianą zawodu. Zdrowie już nie to, czasy również się zmieniły, może więc czas odejść z branży? Właściwie mógłby nawet przejść na emeryturę. Zastąpiłby go jakiś pajac wypowiadający mikołajowe Ho ho ho!" z uczuciowością przeciętnego kamienia. Byłoby się z czego pośmiać.
Odgonił do siebie tę myśl. To, że świat wygląda tak jak wygląda, nie oznacza, że można usiąść w fotelu, założyć nogę na nogę i oznajmić Mam was wszystkich w nosie".
Trzecie piętro zdawało się być znacznie mniejszym od drugiego, chociaż i tamto nie należało do przestronnych. Mikołaj podejrzewał, że co najmniej połowa absolwentów tej szkoły cierpi na klaustrofobię.
- ...ciałem się staaało...
- Nie wierzę powiedział Święty; jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w ustach kilkusetletniego człowieka w czerwonej piżamie, podróżującego po świecie przerdzewiałymi saniami.
- ...i walczyło z humanaaami...
Przez dłuższą chwilę Święty zastanawiał się, co jest gorsze fakt, że śpiew dochodzi z czwartego piętra, czy może to, że jedyne, co ma on wspólnego z kolędą Bóg się rodzi", to melodia.
Z góry dobiegły oklaski i piosenka ruszyła od nowa:
Wzór się rodzi, human mdleje,
Każdy matfiz dziś szaleje.
Kąt, pierwiastki, wzór chemiczny,
Mamy oczopląs psychiczny.
Wzgardzona, okryta chwałą,
Królowa nauk przed nami.
Równanie ciałem się stało
I walczyło z humanami...
- No nie... Żeby tak sprofanować kolędę? - mruknął oburzony Mikołaj. - Wychodzę. Wychodzę! - powtórzył głośniej, na wypadek, gdyby ktoś nie usłyszał.
Schodzenie po schodach może i nie było tak męczące jak wchodzenie na górę, ale za to bardziej obciążało plecy. Na pierwszym piętrze Święty przystanął, by upewnić się, że jego kręgosłup jeszcze się nie złamał. Z sali numer piętnaście nadal dochodziły krzyki, co jakiś czas urozmaicane chóralnym śmiechem.
Nigdy nie dotknięte cynizmem sumienie Mikołaja nagle dało o sobie znać; po raz pierwszy od bardzo dawna. Także worek bardziej ciążył na ramieniu, jakby przypominając, że części zawartości należy się pozbyć na rzecz grzecznych dzieci.
- No dobra, już... - Święty machnął ręką.
Chciał wejść do sali z pewnością siebie, może nawet z nonszalancją. Nie udało się.
Gdy tylko pchnął drzwi, poczuł, że coś jest nie tak. Nim zdążył się zorientować, na jego głowę opadły łańcuchy i papierowe ozdóbki. Zdezorientowany Mikołaj zatoczył się na bok, zahaczył nogą o kosz na śmieci i wpadł prosto na sztuczną choinkę. Przy akompaniamencie trzasku tłuczonych bombek i wyjątkowo paskudnych fińskich przekleństw runął na podłogę. Potem zapadła cisza.
Święty jęknął, zaklął raz jeszcze i uniósł nieco głowę. Patrzyli się na niego. Wszyscy.
Przynajmniej istniało duże prawdopodobieństwo, że nigdy nie byli w Finlandii.
- Ho ho... ho? - spróbował uratować resztkę honoru. Znowu się nie udało potężny mikołajowy okrzyk, jego znak firmowy, zabrzmiał jak nieumiejętnie stłumione kaszlnięcie.
Nadal się na niego patrzyli.
Odchrząknął i wstał, rozdeptując przy okazji kilka lasek cynamonu.
- Eee... Co ja miałem... A, tak. Wesołych świąt!
Milczenie z ich strony zaczynało być krępujące. Przez moment Mikołaj zastanawiał się, czy trzydziestka stojących przed nim uczniów nie obmyśla właśnie planu morderstwa. W końcu zamienienie około pięciu kilogramów świątecznych dekoracji w stertę śmieci nie było mile widziane.
Święty, czując nagłą chęć zadośćuczynienia, sięgnął do swojego worka. Grzebał w nim kilka sekund, aż w końcu natrafił na jakiś przedmiot.
- Mam tu... coś.
W pierwszej chwili w żaden sposób nie mógł domyślić się, co trzyma w ręku. Małe, trochę gumy, trochę plastiku, jak dziecięca zabawka. Grzechotka? Nie. Figurka? Też nie.
- Ojej.
Mikołaj odwrócił worek do góry dnem i na podłogę wysypały się niebiesko-różowe smoczki. Było ich dokładnie trzydzieści, po sztuce na głowę.
- Ojej powtórzył. Nie był w stanie znaleźć odpowiedniejszego komentarza.
Patrzyli. Najwidoczniej oni też nie mieli pojęcia, co robi się w takich sytuacjach.
W końcu, gdy napięcie sięgnęło zenitu, a Święty naprawdę był bliski zawału, uczniowie ryknęli zgodnym, ogłuszającym śmiechem. Kilkoro schyliło się i wzięło smoczki, jeden nawet od razu wsadził go sobie do ust, ignorując wszelkie zasady higieny.
Wyglądali całkiem sympatycznie. Mimo że różni, sprawiali wrażenie w pełni ze sobą zintegrowanych i zżytych. W obecnych czasach taki widok był niezwykle rzadki. A jednak coś kazało Mikołajowi nie brać ich za grzeczne dzieci. Dlaczego dostali akurat smoczki?
Dowiedział się kilka sekund później. Któryś z uczniów o coś zapytał. Potem inny zadał nieco głośniej własne pytanie. Ktoś zapytał, o co pytał ten pierwszy.
Nim Święty zdążył się zorientować, zapanował kompletny chaos. Trzydzieścioro szesnastolatków w jednej chwili zaczęło rozmawiać na kilkadziesiąt tematów na głos zastanawiali się, co zrobić z prezentami, czy choinkę dałoby się jakoś przywrócić do stanu dawnej świetności, gdzie dziś idą na łyżwy, o której i na ile. Potem, jakby ktoś wcisnął w ich głowach przycisk z napisem dezorganizacja", rozbiegli się po całej sali, gromadząc się w małe grupki. Zaczęli krzyczeć. W pewnym momencie po pomieszczeniu zaczęły latać mandarynki.
- To chyba jakiś żart stwierdził Mikołaj. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. - Przepraszam, czy możecie się na chwilę uciszyć? Czy...
Uchylił się przed rzuconym w jego kierunku owocem. Wiele by dał za trzepnięcie w łepetynę małolata, który to zrobił, ale w takim zamieszaniu szukanie sprawcy mijało się z celem. Nawet na niego nie spojrzeli, przez co zaczynał czuć się jak kompletny idiota. Sam Święty Mikołaj przyniósł im prezenty, a oni, zamiast dziwić się, że ktoś taki istnieje, w najlepsze prowadzili żywe rozmowy. Nawet nie zbulwersowali się charakterem podarków. Może alkomaty bardziej by ich zainteresowały?
Święty ostrożnie przeszedł nad potłuczonymi bombkami i skierował się do drzwi. Tuż przed wyjściem zatrzymał się i spojrzał przez ramię.
W tym przypadku słowo zamieszanie" można było uznać za podręcznikowy przykład eufemizmu mającego złagodzić pierwsze wrażenie. Teraz po sali szybowały całe eskadry plastikowych talerzyków.
- Wesołych świąt powtórzył Mikołaj bez przekonania.
- We-so-łych świąt! - wysylabizowali chórem uczniowie.
No proszę. Jak trzeba, to potrafili zrobić użytek z narządów słuchu.
Machnął im ręką i wyszedł.
- No, to teraz do Reja. Dostaną nowe fantomy do ćwiczenia pierwszej pomocy powiedział do siebie, schodząc po schodach. Uznał, że emerytura i fotel mogą jeszcze trochę zaczekać.
Trzasnęły drzwi. Po Mikołaju pozostał tylko zapach bigosu.
NAJPRAWDOPODOBNIEJ KONIEC
Zakochałam się w zdaniu „Po prostu w ciągu całej swojej kariery spotykał osoby, które ze spokojnym sumieniem można było wykreślić ze spisu homo sapiens i dopisać do neandertalczyków.” I jestem absolutnie pewna, że jest autopsyjne, a sama postać Mikołaja jest odautorska pod względem niezrozumienia dla dzisiejszego świata i realiów, jakie nim rządzą. Podoba mi się drobna zabawa z czytelnikiem, jak we fragmencie, w którym Mikołaj trafia palcem na Reja, choć znając genezę tekstu, spodziewalibyśmy się od razu Sienkiewicza. To bardzo zgrabny krok w tył, który pozornie zwalnia fabułę, by potem z dwoma krokami naprzód ją rozpędzić, tym samym wprawiając czytelnika w pozorne uczucie dynamiki.
Zaraz po tym pojawiają się mikołajowe myśli i ładny zabieg tworzenia skromnej nadziei czytelnika na znalezienie odpowiedniego tytułu przez cały akapit, tylko i wyłącznie po to, by krótko ją przekreślić.
Lubię również cały proces wchodzenia po schodach, z tego samego powodu, co zdanie wyżej.
Wybacz, że recenzja nie jest tak długa jak tekst..
Fuck. Czuję się rozgryziona. Nie mam wprawdzie śmierdzącej bigosem brody, ale faktycznie dołożyłam do światopoglądu Mikołaja trochę od siebie. Nie wszystko, ale na pewno więcej, niż powinnam.
Co do tej wyliczanki i Reja oraz Sienkiewicza... to jakby to powiedzieć... Nie myślałam o zdynamizowaniu akcji. W tamtym momencie pewnie o niczym nie myślałam. To przyszło samo, taki odruch, jak zresztą w większości przypadków. Ale jeśli tak to wygląda, to bardzo dobrze
Wchodzenie po schodach jest zdecydowanie autopsyjne. Niby cztery piętra, a jedna rundka z parteru na ostatnie zastępuje wuef na cały dzień (dzięki czemu tej lekcji praktycznie w Sienkiewiczu nie ma).
Wybaczam, i tak bardzo, bardzo rzadko czytam tak długie opinie o własnych tekstach. Dzięki
Co do końcówki, to nie będę jej bronić, bo muszę przyznać, że mi też niezbyt się podoba, ale tak się kończy pisanie opowiadań, które potem trzeba czytać w klasie wiedząc, że nikt nie słucha